|
czwartek, 04 października 2007
poniedziałek, 01 października 2007
149. Jesienna gra pozorów.
Cisza. Wspaniała chwila na refleksję. Wokół plątanina drzew otulonych gęstą mgłą. Jasnobrązowe liście spadające na szarą i brunatną ziemię. Najmocniejsze potrafią wytrwać do końca. Leciutki powiew na policzku, tak niezauważalny, że wydaje się zjawą. Zjawą, która kieruje widok całej złotej jesieni. A przed, jeszcze bujnymi, kolorowymi gałęziami, woda. Szara, zamknięta we mgle, jakby coś ukrywała. Tajemnicę, której nie sposób ogarnąć. Połączenie świata ziemskiego ze światem astralnym. Widzę cztery kaczki w kolorze wody, jedynie co je od niej wyróżnia, to ciemnozielona głowa ze szyją. I odgłos tak lekki i znikomy, zapadający w stan ciszy. Płyną, jedna po drugiej, ostrożnie i powoli. Z pewnym szacunkiem dla tego miejsca. W końcu znikają mi przed oczami. Już ich nie widzę. Szarobiała chmura zabrała je do drugiego świata. Zjawa, czarująca miejsce, widzi i obserwuje. Trochę na przekór sobie. Tak jak słońce, które ma dosyć świecenia. Tak jak deszcz, który nie chce padać. Stan skupienie między jednym a drugim. Przeszedłem na drugą stronę. Drugiego świata nie widać. Ależ nie, jest w tym miejscu, gdzie przed chwilą byłem. Ucieka mi. Ale ją czuje na własnym ciele. Kręci się, pomiędzy spadającymi liśćmi i wraca do wody. W niej tkwi ta siła. Siła znużenia uosabiająca sen. Siła, dzięki której myślałem, że to wiatr. Myliłem się. Wiatr jest tylko słyszalnym odgłosem przyrody. Tak jak szum wody, na której znowu widzę kaczki. Jest ich więcej. A ona jest jedną wielką statyką pociągającą sznurki. Tylko nieliczni potrafią dostrzec jej wielkość. Jest taka sama od wieków, nie zmienia się. Powodująca stan transu i ekspansji daleko stąd. Rozdzielająca ciało i umysł od duszy. Jest wszystkim w niczym. Niezrozumiałą interpretacją dla szanowanych impresjonistów. Aby ją ujrzeć, trzeba jej się poddać. Tak, powoli unosi się do góry. Zostawia to miejsce ludziom powszednim. Ale wróci. Wróci wraz z mgłą - jej tarczą i sceno-sferą, tak dogłębną jak szarość wodnego żelaza odbijającego oblicze duszy.
środa, 26 września 2007
148. Miedzy mną a sobą.
Ach, to niebo. Raz jest gorzkie, ostre i nieprzyjemne. Ale nie dziś. Dzisiaj jest łagodne, miłe dla oka, aż chce się żyć. Za gardło ściska mnie nieopisana radość. Krzyknąłbym ze szczęścia, aby móc to jak najlepiej przeżyć. Zero znużenia, zero znudzenia. Pogodność, swobodny lot, bez jakichkolwiek brudów. Takie pory jak ta, nie zdarzają się często. Może to i lepiej, gdyż będę z niecierpliwością czekał na następne. Przychodzą one znienacka. Dusza mnie o tym informuje. Mogę zaczerpnąć łyk świeżego powietrza, które jest jak nowe życie. Dawka pozytywnej energii. Spokój, ale nie senność. Cisza, ale nie zamyślenie. Czuwanie, ale nie znudzenie. Czuwanie z pojawiającym się na ustach uśmiechem. Ale na co? Na zatrzymanie tych chwil. Tej godziny świętości? Czy może na to jaka była przeszłość i jaka szykuje się przyszłość? O jakie kolory tutaj chodzi? Tylko o te wymarzone. O te, które najwięcej znaczą. O te, które oczy chcą codziennie oglądać. Świt, poranek, popołudnie, wieczór, noc. To tylko słowa, ale ileż znaczą. Ileż znaczą przez wyobraźnię. Wyobraźnię, która tworzy umysł. Umysł, który jest taki jaka przede mną w tej chwili przyroda... Porządek. Zgodna kolejność z ruchem wskazówek zegara, ale nie pedantyzm. Musi być miejsce na improwizację i spontaniczność, ale nie kłopoty. Na wspaniałe czucie, poddanie się czemuś wyższemu niż człowieczeństwo. Mój chód jest równomierny, ale nie określony. Zgodność z umysłem. Stan najwyższej jaźni, prawie trans, ale wciąż czucie, jednak bez emocji. One są, ale nie tutaj. Tutaj jestem JA, ale nie z otoczką, tylko nagi i wyższość. Coś nieograniczonego. Głębsza siła, zanik płytkości. Ekspansja myśli, ale nie za daleka. Płynność, smak, elegancja. Dostateczne uniesienie. W danym momencie, reszta nieistotna. Brak zbędnych pytań. Uzupełnianie się bez obaw. Nadzieja na szybki powrót, na tę samą falę. Nicości, pokoju i rześkości. Odrębny segment, próżnia w czasie wydarzeń. To jedno słowo zastępujące inne. Wolność.
czwartek, 20 września 2007
147. Dla zainteresowanych.
Dnia dzisiejszego został uruchomiony przeze mnie drugi blog, na którym zamierzam pisać regularnie, odrzucając jednocześnie słomiany zapał. Tradycja i pasja będzie prowadzony jeszcze przez jakiś czas. Oto adres bloga: www.worldintheworld.blogspot.com Zapraszam.
146. Września czas.
Siedzę sobie w lesie na pniu zwalonego drzewa przez zeszłoroczną, lipcową burzę. Leży na pewnym wzniesieniu, gdzie można spokojnie usiąść, wypocząć i wsłuchać się w przyrodę. To ostatnie najlepiej wychodzi mi wczesną jesienią, gdy kończy się lato. Czas dynamiki przeminął. Pozostaje spokój. Znowu mogę operować żywiołami i swoim umysłem. Wsłuchać się w szum drzew i tych gałęzi uginających się pod wpływem wiatru. Obserwować promienie słońca na czystym, nieskalanym niebie późno popołudniową porą. Jest lekki chłodek. Lecz ani za zimno dla duszy, ani za ciepło. Smak wrześniowej zieleni powoduje, że życie jest jednak coś warte. Że to nie tylko ubieganie się za doczesnymi sprawami, że umysłem nie zawsze kieruje płytkość spraw materialnych. W lesie czuję się uduchowiony. Łapie duszę za nogi i cieszę się tym, że coś znaczę. Te chwile przynoszą mi największe uniesienie, optymizm i głębokość. Czuję swój rytm. Czuję swój bieg, mimo iż jest cisza, spokój i kompletna estetyka. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
|